Feeds:
Posty
Komentarze

V miting rocznicowy

Grupa DDA/DDD Odys w Rzeszowie serdecznie zaprasza na miting otwarty z okazji V rocznicy działalności, który odbędzie się w

sobotę 06.12.2013 o godzinie 16:00

w ośrodku WOTU przy ul. Siemieńskiego 17 w Rzeszowie.

Temat: „Tradycje DDA moimi tradycjami”.

Zapraszamy wszystkich zainteresowanych, aby w atmosferze wzajemnego zrozumienia, dzielić się swoimi doświadczeniami.

IV rocznica DDA ODYS

Grupa DDA/DDD Odys w Rzeszowie serdecznie zaprasza na miting otwarty-speakerski z okazji IV rocznicy działalności, który odbędzie się w

sobotę 07.12.2013 o godzinie 16:00

w Sali nr 10 ośrodka WOTU przy ul. Siemieńskiego 17 w Rzeszowie.

Temat: „Moja droga zdrowienia”.

Wszelkie informacje można uzyskać pod numerem telefonu: 692 391 031.

Zapraszamy wszystkich zainteresowanych, aby w atmosferze wzajemnego zrozumienia, dzielić się swoimi doświadczeniami.

Równolegle, w Sali nr 12 o 17:00 odbędzie się miting otwarty grupy NA Zofia.

Grupa DDA Odys zaprasza na mitingi zamknięte DDA w każdy wtorek o godzinie 17:30
 W każdy pierwszy wtorek miesiąca odbywa się miting otwarty.

Witajcie w Nowym Roku!

Oby dla nas wszystkich był kolejnym krokiem do lepszego życia.  Do spokoju, do cieszenia się każdą chwilą, bycia w zgodzie ze sobą – tym często zagubionym, pomieszanym i rozżalonym dzieckiem. Obyśmy pokochali to dziecko i powoli, bezpiecznie i łagodnie poprowadzili je ku dorosłości. Oby życie było dla nas dobrym przyjacielem:

Życie to dobry przyjaciel i dobry nauczyciel. Możemy być świadomi, że wszystko wciąż się zmienia i nic nie dzieje się tak, jak tego pragniemy. Brak równowagi, stan “poza” i “pomiędzy” to sytuacja idealna: nie dając się uwikłać, możemy zachować otwartość umysłu i serca wobec rzeczywistości. — Pema Cziedryn

Szczęśliwego Nowego Roku!

P.S. Na stronie Materiały można teraz znaleźć i w razie potrzeby  „ściągnąć” nasze logo w dwóch wielkościach, w formacie jpg.

Desiderata #1

Desiderata, to bardzo mądry tekst, który poznałam już dawno temu, jednak zaczęłam żyć według niego dopiero później. Po pierwszym przeczytaniu pozostałam zupełnie obojętna, tak samo jak po przeczytaniu 10 przykazań bożych: zbiór zasad według których i tak nikt nie żyje, choć wszyscy je znają, a nawet głoszą, że w nie wierzą. Jednak gdy nabrałam trochę większej pokory zaczęłam na wiele rzeczy patrzeć bardziej obiektywnie, w tym i na Desideratę. Każde jej zdanie nabrało osobnego sensu, a życie z nimi stało się łatwiejsze i bardziej szczęśliwe niż bez nich.

Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu- pamiętaj, jaki spokój może być w ciszy.
To pierwsze zdanie widzę bardzo obrazowo. Przypominam sobie siebie sprzed 2-3 lat i widzę zagubioną dziewczynkę, która na oślep biegnie przez nieznane tereny. Nie patrzy pod nogi, nie rozgląda się, jej wzrok jest wbity w migoczący na horyzoncie CEL, nie widzi praktycznie nic oprócz niego. Choć nie wie jak będzie wyglądał z bliska, wyobraża sobie i święcie wierzy, że wraz z nim osiągnie szczęście. Oczywiście nie zna drogi, więc cały czas się potyka, a co jakiś czas poważnie upada. Nauczyła się nawet sobie z tym radzić- coraz krócej zajmuje jej podniesienie się i rozpoczęcie biegu na nowo ze zdwojoną siłą, choć jest coraz słabsza. Nigdy nie brakowało mi samo-zaparcia, zawsze gdzieś znajdowałam choćby iskierkę motywacji, która pozwalała mi wierzyć, że to co robię jest słuszne. Ciągle do czegoś dążyłam, jednak wpadłam w pułapkę: to DĄŻENIE stało się dla mnie celem. Właściwie to nawet nie wiedziałam co, ale byłam pewna, że MUSZĘ to osiągnąć. Myślą mocno wybiegałam naprzód.
Pewnego dnia a moim osiedlu wycięto drzewo, które zawsze mijałam wracając ze szkoły. Totalnie mnie to zaszokowało. Uświadomiłam sobie, że mijam je od kilku lat co najmniej 2 razu dziennie, a nigdy nie zauważyłam jak kwitnie, owocuje, jak jego liście żółkną na jesień i opadają na zimę. Zauważyłam je dopiero, kiedy zniknęło. Bardzo łatwo było mi rozwiązać tę zagadkę- otóż powodem takiego stanu rzeczy był ciągły pośpiech i zamyślenie. Biegnąc rano na autobus myślałam o szkole, sprawdzianach, czy zamknęłam dom, czy mam papierosy i o wszystkim innym, tylko nie o drzewie. Pomyślałam wtedy, że gdy jesteśmy dziećmi widzimy wszystko, potem przestajemy patrzeć. Poznaliśmy, więc planujemy.
To samo działo się z muzyką, która zawsze ze mną była. Zawsze słuchawki w uszach, zawsze rano kaseta czy płyta, a po powrocie do domu gotowa play lista do odsłuchania (teraz wiem, że do zagłuszenia ciszy). Gdy jest cicho słychać myśli, a to było dla mnie zjawisko nadwyraz niepożądane- w myślach byłam swoją ofiarą i katem w jednym, wygrywałam i przegrywałam bitwy ze światem, wpadałam ze skrajności w skrajność, nie istniał kompromis, a zamiast niego potężne dawki przemocy. Właściwie bałam się ciszy, szczególnie, gdy zostawałam sama w domu. Patrząc z perspektywy czasu wiele osób to robi- zaraz po wstaniu włącza telewizor, który działa do późnej nocy- czy to nie to?
Teraz widzę, jak wspaniale jest po prostu zwolnić. Odwołując się do poprzedniej analogii- teraz moja dziewczynka rozgląda się uważnie i dokonuje wyborów na bieżąco, omijając dołki i wyboje, które mogłyby ją przewrócić. Jej cele są bliskie, wyraźne i jasno określone. Ha, ma też czas na obserwowanie świata dookoła zamiast wciąż zagłębiać się w myślach. Jeśli zdarzy się potknięcie, jest chwila czasu na zatrzymanie się, zastanowienie i wyciągnięcie wniosków. Robię to coraz częściej, różne sytuacje czy wyczytane słowa powodują u mnie momenty zatrzymania:

Ostatnio chciałam się pokazać na ćwiczeniach z matmy. W liceum szło mi dość ciężko, więc na studiach postanowiłam na początku dużo się zgłaszać, żeby pokazać się z dobrej strony i mieć jakieś zaplecze, kiedy przyjdą trudniejsze rzeczy. Dopóki podchodziłam do tego z dystansem i luzem szło wspaniale, jednak kiedy wykładowca zaczął mnie chwalić i podkreślać, jak dużo mam plusów na tle grupy, włączył mi się tryb rywalizacji. Choć kojarzyłam temat, czułam się coraz gorzej gdy inni się zgłaszali. Tak, że z głowy wyleciały mi wszystkie wzory i umiejętność logicznego myślenia. Byłam okropnie zdenerwowana zapominając zupełnie o luzie, pokorze do życia, dystansie do siebie i o tym, że przecież nie jestem jakimś wielkim orłem. Zapominając o tym co chcę wykonać na rzecz myślenia o tym, ja mnie widząc inni. I to był właśnie moment zatrzymania- dałam się ponieść ambicji, zamiast spokojnie zaczęłam myśleć nerwowo, a stąd już tylko kawałek do potknięcia się o matematykę.

Jestem zadowolona z tej lekcji, jak z każdej innej przychodzącej niespodziewanie. Ostatnio zauważyłam to zjawisko: wszystko może być lekcją, wystarczy tylko odpowiednio na to spojrzeć. Dobrze podsumowuje to cytat z któregoś z dzieł Szekspira: „kto wolno idzie, rzadko się potyka”. I to według mnie jest esencją tego pierwszego zdania.

Krok 4

Dokonaliśmy gruntownego i odważnego obrachunku moralnego.

Obrachunek moralny czyli rachunek sumienia – przyznanie się do winy. Na początku zaskoczenie: ja?! Przecież to mnie skrzywdzili, mnie poturbowało życie i teraz jestem tu, bo muszę wylizać rany i zacząć normalnie funkcjonować! Zaraz potem spojrzenie na swoje życie i beznadziejne odwrócenie sytuacji: przecież poczucie winy towarzyszyło mi od momentu wstania rano aż do samego wieczora.

Możliwość powiedzenia tego wszystkiego szczerze jest wspaniała. Nikt nie oceni, nie wtrąci do piekła ani do więzienia. Nazywając swoje przewinienia zauważyłam, że duża część z nich jest sztuczna i wyimaginowana, wywodząca się z samej chęci obwinienia się o coś. „Mają skłonność do obwiniania się”- brzmi znajomo. Reszta „grzechów” miała różne źródła.

To bolesne sobie o nich przypominać. Na początku chciałam zmienić świat i uzdrowić swoją rodzinę. Z oczywistych względów plan skazany na niepowodzenie, ale gros czasu pochłonęło mi uświadomienie sobie tego. Winą moją było skłanianie innych do zmiany swojego działania, nawet wbrew ich woli, po to, by w moim rozumieniu było NORMALNIE (skąd mogłam wiedzieć co to znaczy? „zgadują co jest normalne ”).  Szukając czułości i przyjaźni wpadłam w złe towarzystwo – zaczęłam pić, palić i oszukiwać. Moją winą było i jest kłamstwo i oszustwo, najpierw wyszukiwanie alibi i wymówek, potem usprawiedliwianie się, potem „kłamią, gdy równie dobrze mogłyby powiedzieć prawdę”. Rzeczywistość  mieszała się z kłamstwem i granice między nimi zaczęły się rozmywać. Jestem młodą osobą, ciągle się uczę. Winą moją było stawianie sobie niebotycznych poprzeczek i nie mierzenie sił na zamiary. Traktuję to jako przewinienie dlatego, że naprawdę nie chciałam ich przeskakiwać, były obliczone tylko po to, bym poczuła porażkę i mogła usprawiedliwić swój smutek. I dlatego, że inwestowałam w nie czas i pieniądze najbliższych po to tylko, by je zaprzepaścić. Zaczęłam szukać siebie i niedługo przeszło to w wyrachowanie. Zaczęłam żyć wg. przewrotnego powiedzenia: jak czegoś nie widać, znaczy że tego nie ma. Co za tym idzie, zraniłam wiele osób nim się otrząsnęłam.  Winą moją było poprawianie swojego samopoczucia nie z pomocą, a kosztem innych. Zdarzało mi się być naprawdę niemiłą i poniżać innych bez powodu, by tylko poczuć się wyżej od nich.

To kilka z nich. Myślę, że mamy wiele wspólnego, DDA. Obrachunek ma to do siebie, że nie kończy się właściwie nigdy, a istotą i celem tego kroku jest w moim rozumieniu, aby towarzyszył mi na bieżąco, żeby nie przedłużać tej listy. Trudno znaleźć balans między samoobwinianiem, a realnym stanem rzeczy, czasem trudno przyznać się do błędu, czasem zwyczajnie wstyd. Cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo.

Krok 3

Krok 3
Postanowiliśmy powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, jakkolwiek pojmujemy Boga.

Kolejna bariera do pokonania, bo na zdrowy rozsądek, jak to miałoby wyglądać?

Niewtajemniczony mógłby pomyśleć: to ja kładę się brzuchem do góry i czekam na mannę z nieba, powierzam się sile wyższej, amen. Szczerze, to było moje pierwsze skojarzenie… Chyba od tego kroku zaczynałam mitingi w ogóle i tak sobie pomyślałam. Pamiętam jak się wtedy czułam – totalna beznadzieja, rozpacz i niemoc. Poszłam wreszcie do lekarza, w sumie wiedząc, że taka tajemnicza grupa znajduje się w tym samym ośrodku, 2 pokoje dalej, i za 2 godziny jest SPOTKANIE. Oczywiście doktor mnie tam, po godzinnej rozmowie, skierował. Siedzę, patrzę i widzę grupę ludzi w różnym wieku, zadawałoby się całkiem poważnych i rozgarniętych, którzy utrzymują, że nie będą, NIE MOGĄ wręcz, kierować własnym życiem… Poczułam się wtedy jeszcze bardziej zagubiona i pomieszana… Przecież po to przyszłam, żeby wreszcie zacząć COKOLWIEK kontrolować!
Teraz to miłe wspomnienie – tak się zaczęło. Po roku wracam do tego kroku, z tym, że już zaczynam rozumieć, o co w nim chodzi naprawdę.
Czas się POWIERZYĆ.
Mając już siłę wyższą ogarniętą i przetransponowaną „na moje”, mogę to zrobić bez przeszkód. Już się cieszę, że za chwilę zobaczę ludzi, którzy są moimi przyjaciółmi, których znam od roku, których cenię, i którym ufam. To tak cudowne uczucie! Wcześniej trudno było mi komukolwiek zaufać, nie mówiąc o DOCENIENIU. Każdy chciał mi coś zabrać, każdy chciał zjeść ze smakiem moje niepowodzenie i z radością kopnąć leżącą w brzuch. W każdym upatrywałam wroga. Polegałam tylko na sobie. To było niesamowicie uciążliwe, szczególnie, że człowiek jest istotą społeczną. Samemu naprawdę trudno do czegoś dojść – odkryłam to dopiero, kiedy zaczęłam ufać i pozwoliłam sobie pomóc.
Wcześniej moim mottem życiowym było: „umiesz liczyć, licz na siebie, twoje szczęście innych je…”. Teraz ludzie są siłą, której się powierzam. Wsparcie, zaufanie, dobro, zrozumienie, empatia, to wszystko jest tak niesamowite, że urosło w mojej głowie do rangi siły wyższej. Teraz dopiero zauważyłam, jak wielką mądrość mają w sobie ludzie i jak dużo można wynieść z samego przebywania z nimi, ze słuchania, BEZ zadawania PYTAŃ, bez komentowania, bez oceniania. Można? Można!
Tymczasem poczułam w sobie dobroć, wielką potrzebę, żeby być przy kimś, tą obecnością pomóc. Dzisiaj akurat bardzo mocno. Już wiedziałam że nie mogę RADZIĆ, tym bardziej OCENIAĆ, rozwiązywać za kogoś problemów. Nie na tym polega wsparcie. Dałam to, co mogę – rozmowę, przytulenie, możesz dzwonić kiedy chcesz, nie odmówię Ci pomocy… Dla mnie samej to bardzo wiele znaczy, jeszcze nie tak dawno byłam w podobnej sytuacji. A teraz już mam w sobie siłę, może jeszcze nie tak wielką, ale przecież mam też oparcie – SIŁĘ WYŻSZĄ, której mogę zawierzyć gdy tej siły zabraknie.

Krok 7

Krok 7
Zwróciliśmy się do Boga w pokorze, aby usunął nasze braki.

Jak każdy krok i ten przyszedł do mnie w samą porę. Ostatnimi czasy zauważyłam dość silny spadek kondycji psychicznej- coraz drobniejsze rzeczy coraz silniej wytrącały mnie z równowagi. Apogeum osiągnął mój stan wczoraj, przepłakałam cały dzień i zamiast nad konstruktywnymi rozwiązaniami i konkretnymi faktami zastanawiałam się, co łatwiej będzie mi wytłumaczyć najbliższym- upicie się, wypalenie całej paczki papierosów czy (!) pocięcie się jak za starych dobrych lat.

Czułam się tragicznie, ale po całym dniu dołka, a potem rozmyślań, wieczorem doszłam do wniosku.

DDA, znów to wstrętne DDA. Zauważyłam, że ostatnio bardzo poleciałam na fali sukcesów i w efekcie tego osiadłam na laurach. Popracowałam mocniej na krokach, pisałam dużo o nich, rozważałam. Wszystko mi się udawało, byłam asertywna, spokojna, opanowana, zaakceptowałam siebie, pozwalałam sobie na drobne przyjemności, wypełniałam obowiązki. Po pewnym czasie zaczęłam pozwalać sobie na lenistwo, mocniejsze wyrażanie niezadowolenia. Pewność siebie, otwartość, samoakceptacja. Ja, ja, ja. Przestałam pracować. W końcu popadłam w bierność (!) i stąd to już równia pochyła.

Dlatego 7 krok przyszedł w samą porę. Pierwsze 6, może za wyjątkiem 5 odbywały się w mojej głowie. Przyznałam, uwierzyłam, postanowiłam, dokonałam. Potem wyznałam, ale głównie sobie i na mitingach. Stałam się gotowa. 7 krok zmusza już do działania- ZWRÓCIĆ SIĘ. Pójść na miting, zadzwonić do przyjaciela, poprosić o pomoc, a przede wszystkim przestać polegać tylko na samym sobie. Nawiązać interakcję. A raczej przestać pozwalać sobie na sadystyczną przyjemność obarczenia się sobą. Może trochę nie po polsku, ale ja tak właśnie zrobiłam- w pewnym momencie zaczęło mi się WYDAWAĆ, że pewność siebie i inne moje świeżo nabyte cechy rozwiążą wszystkie moje problemy, że w SAMEJ SOBIE znalazłam meritum, ja, ja, ja.

Krok 7 przypomniał mi, że sama sobie nie poradzę, co przyznałam w poprzednich krokach i co chciałam zmienić. Zdrowienie zaczyna się, gdy zaryzykujesz wyjście z izolacji. To uznanie samej siebie za chodzący ideał polegający sam na sobie to w pewnym sensie (przynajmniej w moim przypadku) powtórne wejście w izolację. Wejściem w izolację było zaprzestanie dzielenia się z innymi (skasowałam swojego bloga i przestałam pisać). Izolacją było odcięcie się od programu- przez kilka mitingów po prostu gadałam co mi ślina na język przyniesie zupełnie zapominając o krokach i zasadach, które tak wiele uczyniły dla mojego życia.

Tak potoczyły się moje losy, że wraz z 7 krokiem powracam, jak ten syn marnotrawny, i skruszona zwracam się do mojej siły wyższej, aby pomogła mi wciąż pamiętać kim jestem i na tej podstawie układać siebie od nowa. Tym razem bez wybrakowanych części.