Dokonaliśmy gruntownego i odważnego obrachunku moralnego.
Obrachunek moralny czyli rachunek sumienia – przyznanie się do winy. Na początku zaskoczenie: ja?! Przecież to mnie skrzywdzili, mnie poturbowało życie i teraz jestem tu, bo muszę wylizać rany i zacząć normalnie funkcjonować! Zaraz potem spojrzenie na swoje życie i beznadziejne odwrócenie sytuacji: przecież poczucie winy towarzyszyło mi od momentu wstania rano aż do samego wieczora.
Możliwość powiedzenia tego wszystkiego szczerze jest wspaniała. Nikt nie oceni, nie wtrąci do piekła ani do więzienia. Nazywając swoje przewinienia zauważyłam, że duża część z nich jest sztuczna i wyimaginowana, wywodząca się z samej chęci obwinienia się o coś. „Mają skłonność do obwiniania się”- brzmi znajomo. Reszta „grzechów” miała różne źródła.
To bolesne sobie o nich przypominać. Na początku chciałam zmienić świat i uzdrowić swoją rodzinę. Z oczywistych względów plan skazany na niepowodzenie, ale gros czasu pochłonęło mi uświadomienie sobie tego. Winą moją było skłanianie innych do zmiany swojego działania, nawet wbrew ich woli, po to, by w moim rozumieniu było NORMALNIE (skąd mogłam wiedzieć co to znaczy? „zgadują co jest normalne ”). Szukając czułości i przyjaźni wpadłam w złe towarzystwo – zaczęłam pić, palić i oszukiwać. Moją winą było i jest kłamstwo i oszustwo, najpierw wyszukiwanie alibi i wymówek, potem usprawiedliwianie się, potem „kłamią, gdy równie dobrze mogłyby powiedzieć prawdę”. Rzeczywistość mieszała się z kłamstwem i granice między nimi zaczęły się rozmywać. Jestem młodą osobą, ciągle się uczę. Winą moją było stawianie sobie niebotycznych poprzeczek i nie mierzenie sił na zamiary. Traktuję to jako przewinienie dlatego, że naprawdę nie chciałam ich przeskakiwać, były obliczone tylko po to, bym poczuła porażkę i mogła usprawiedliwić swój smutek. I dlatego, że inwestowałam w nie czas i pieniądze najbliższych po to tylko, by je zaprzepaścić. Zaczęłam szukać siebie i niedługo przeszło to w wyrachowanie. Zaczęłam żyć wg. przewrotnego powiedzenia: jak czegoś nie widać, znaczy że tego nie ma. Co za tym idzie, zraniłam wiele osób nim się otrząsnęłam. Winą moją było poprawianie swojego samopoczucia nie z pomocą, a kosztem innych. Zdarzało mi się być naprawdę niemiłą i poniżać innych bez powodu, by tylko poczuć się wyżej od nich.
To kilka z nich. Myślę, że mamy wiele wspólnego, DDA. Obrachunek ma to do siebie, że nie kończy się właściwie nigdy, a istotą i celem tego kroku jest w moim rozumieniu, aby towarzyszył mi na bieżąco, żeby nie przedłużać tej listy. Trudno znaleźć balans między samoobwinianiem, a realnym stanem rzeczy, czasem trudno przyznać się do błędu, czasem zwyczajnie wstyd. Cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo.